Magia lampy i gramofonu, czyli w pułapce stereotypów audio

19
Lampa i wynyl felieton zajawka

FELIETON / O wielkim powrocie płyt winylowych pisze się od kilku lat. I choć nadal czarne krążki są niszą, to bezsprzecznie gramofon powrócił. Coraz większa jest też oferta wzmacniaczy lampowych. I coraz częściej słyszy się o magii brzmienia lampowego i analogowego. Tylko czym ono właściwie jest? I czy jest w ogóle?

Jakiś czas temu zagadnął mnie znajmy – fan gramofonu: – Szukam dobrego odtwarzacza CD, poleć coś.

Pytam go, jaki budżet, nowy czy używany, no i jakiego dźwięku szuka. W odpowiedzi usłyszałem, że koniecznie analogowego. Analogowego? Czyli jakiego? Dopytywałem, dopytywałem i wciąż nie wiedziałem, o co chodzi. – Wiesz, nie może być taki … cyfrowy. Szukam analogowego brzmienia, jak z gramofonu.

Inna sytuacja. Ktoś na forum pyta o wzmacniacz do kolumn X. Pojawia się kilka propozycji i nagle się zaczyna. Że kolumny X zagrają najlepiej z lampą… Że nikt, kto nie słuchał jeszcze lampy, nie wie, co to prawdziwy dźwięk… Że lampowe brzmienie to jest magia… Że wszyscy kiedyś przejdziemy na szklane bańki, no nie ma jak lampowe granie… I argument ostateczny: że jedyna droga to gramofon i lampa, bo nie ma jak dźwięk analogowy.

Test gramofonu Gold Note Valore 425 Lite

I tylko nigdy nie mogę się dowiedzieć, jaki to jest ten dźwięk lampowy czy analogowy. No bo taki, jak ze wzmacniacza na KT 90, EL 34 czy z lampowca na 300B? Każdy brzmi inaczej. Ten pierwszy zwykle szybko, przejrzyście, z neutralną średnicą, z mocną góra i dobrze kontrolowanym konturowym basem. Ten na EL34 wręcz odwrotnie. I który z nich jest “lampowy”? A może “lampowy” jest Pass, Sugden lub Xindak grające zaokrągloną górą, ciepłym i nieco “misiowatym” basem, gęstą średnicą. A przecież to tranzystory!

Podobnie jest z gramofonami. Jak brzmi gramofon? Ale jaki? Z lekką plintą czy mass loader, z wkładką firmy X czy Y, MM czy MC? A szlif igły, geometria ramienia, nacisk igły, VTA, azymut? To wszystko ma wpływ na brzmienie, które może być diametralnie różne.

Czy w ogóle jest jakiś wspólny mianownik brzmienia lampowego czy analogowego? Wielu, szczególnie mniej osłuchanych miłośników muzyki, utożsamia takie granie właśnie z cofniętymi wysokimi tonami, lekko poluzowanym basem i zaokrąglonymi konturami dźwięków; ma być płynne, ciepłe, z długimi wybrzmieniami. No i jeszcze te słynne parzyste harmoniczne, które niektóre lampowce eksponują. Tyle tylko, że można je podbić również w odpowiednio zaprojektowanym tranzystorze. Tak więc moim zdaniem mówienie o brzmieniu analogowym, tranzystorowym, cyfrowym czy lampowym mija się z celem.

Po prostu wielu z nas wpada w pułapkę stereotypu, że gramofon czy lampa dają określony rodzaj brzmienia. Tak nie jest. Wystarczy trochę bardziej osłuchać się z różnego rodzaju konstrukcjami i sprawa stanie się jasna. Pamiętam swoją rozmowę z Wiktorem Krzakiem z firmy Haiku Audio, który buduje i wzmacniacze lampowe, i tranzystorowe. Podziela moje zdanie. – Można zbudować zarówno dobry wzmacniacz tranzystorowy, jak i dobry wzmacniacz lampowy, im lepszy wzmacniacz, tym bardziej różnice między lampą a tranzystorem się zacierają. Można by nawet stwierdzić, że zarówno “lampowość”, jak i “tranzystorowość” to odstępstwa od naturalności i dobry wzmacniacz nie popada w żaden z tych stereotypów, niezależnie od technologii – powiedział Wiktor.

Test DAC-a Musical Fidelity MX-DAC

A gdzie magia czarnej płyty? Gdzie czar lampy? Nie ma? Spokojnie, oczywiście, że są, jednak nie wypływają – moim zdaniem – z brzmienia, a z wielu innych czynników. Lampy kapitalnie wpływają na nastrój w pokoju odsłuchowym – wszyscy znamy ten przyjemny klimat, kiedy pali się tylko mała lampka w kącie salonu i bańki w naszej końcówce. A jeszcze ta błękitna poświata… No i ten znany chyba wszystkim posiadaczom lampowców „smrodek” spalonego kurzu na ulubionych KT czy 300b.

Lampy dają też większą możliwość kształtowania brzmienia pod własny gust, wymieniając lampy mocy lub sterujące możemy dodać brzmieniu ciepła lub odwrotnie – ochłodzić je, dodać konturowości. Złagodzić bądź wyostrzyć. Taka zabawa potrafi wciągnąć.

Magia to także celebracja odsłuchu winylu. Płytę trzeba wyjąć z koperty, ostrożnie wziąć w dłonie, położyć na talerzu, pogłaskać szczoteczką, delikatnie upuścić windę ramienia. I usłyszeć to leciutkie „pyk”, kiedy igła wpada w rowek. A później te cichutkie trzaski i szumy… Z lampą to samo: czasem któraś zamikrofonuje, zaszumi, zabrumi. Żyje.

Muarah 11

Czy istnieje coś takiego, jak brzmienie gramofonowe? Na zdjęciu polski Muarah (fot. wstereo.pl)

Czar słuchania z gramofonu wynika również z tego, że wymusza on na nas inny rodzaj skupienia. Winylu nie można za pomocą pilota zatrzymać z miejsca odsłuchowego, cofnąć o minutę czy dwie, przeskoczyć na następny utwór. Gramofon wymusza na słuchaczu 15-20 minut absolutnego skupienia, podążania za muzyką, wsłuchania się w nią. A to sprawia, że czasem „słyszymy więcej”, bo jesteśmy na dźwiękach bardziej sfokusowani, wiemy, że nie możemy niczego przeoczyć. I jeszcze jest magia obcowania z czymś materialnym, namacalnym. Komputerowego pliku nie weźmiemy do rąk, nie obejrzymy okładki, nie ucieszymy się z jego wagi czy koloru, a winylu możemy dotknąć, możemy go powąchać.

Są jeszcze inne, niebagatelne elementy magii lampy i analogu. To elitarność, rodzaj pozytywnego snobizmu i także sentyment – szczególnie u tych, którzy wychowali się na analogowych płytach. Większość ludzi słucha na tranzystorach i z płyt CD lub plików. Dlatego posiadanie wzmacniacza lampowego, odtwarzacza lub DAC-a z lampowym wyjściem czy gramofonu wyróżnia jego posiadacza z audiofilskiego „tłumu”.

Gramofony i płyty analogowe przez 20-25 lat były w odwrocie, kiedy kilka lat temu wróciły – obudziły w nas sentyment. Do tego co było, do młodości, do naszych pierwszym muzycznych wzruszeń, odkryć, do naszych pierwszych emocji związanych ze sprzętem audio. To prosty i znany psychologiczny mechanizm wykorzystywany na przykład w reklamie: „wędliny ze starej wędzarni”, „jak u babci”, „jak za Gierka”. Wszyscy się na to łapią, nie ma się czego wstydzić…

Maciej Stempurski, posiadacz i tranzystora, i lampy

Czytaj także:

Ken Ishiwata: każdy musi w audio iść własną drogą

Test kolumn Wigg Art Arvil

Flamenco i Bałkany w domu kultury, czyli dynamika

 

19 komentarze

  1. Karol pisze:

    Jestem za młody, aby pamiętać okres winylowy, ale zawsze mi się podobała sama idea tak dużej płyty i okładki.
    Kiedy jeden z moich kolegów kupił podstawowego ProJecta i miałem wreszcie okazję wziąć winyla do ręki, położyć go na talerzu, i niemalże fizycznie poczuć, kiedy muzyka startuje zakochałem się totalnie i niedługo potem nabyłem swój pierwszy odtwarzacz czarnych płyt.

    W erze, która jest nastawiona na ‘szybko’, ‘masowo’, ‘dużo’, i ‘z kanapy’ winyl jest taką fajną odskocznią . Trzeba wziąc to do ręki, położyć, wyczyścić, wybrać utwór, trafić w rowek… Całość urasta po prostu do swego rodzaju rytuału, lekkie trzaski dodają klimatu, a obracanie się płyty skrobanej przez igłę jest prawie jak gra na instrumencie – odbywa się na naszych oczach, a nie gdzieś tam z komputera.

    Kolejnym plusem jest polowanie na używane winyle, emocje podczas licytacji, satysfakcja z wygranych aukcji i wściekłość po przegranych o włos, szukanie interesujących tytułów, odsłuchwianie ich na Spotify, czy YT, a potem próba nabycia – w ostatnim czasie odkryłem w ten sposób więcej muzyki niż choćby przez Spotify :)

    Oczywiście nie popadajmy w skrajności, bo źródła cyfrowe mają wiele niezaprzeczalnych plusów (choćby ten, o którym piszę wyżej), natomiast fajnie, że era czarnych krążków do nas wróciła.

    • admin pisze:

      Panie Karolu, właśnie o tym piszę. Winyl i lampa nie są same w sobie lepsze, ale obcowanie z nimi ma niezaprzeczalny walor materialny – to jest ta właśnie magia. Choć muszę przyznać, że mnie nie porwała :-) Jakiś czas temu próbowałem wrócić do winylu (kiedyś korzystałem z gramofonu i miałem kolekcję czarnych płyt), ale po kilkunastodniowym wzmożeniu cały zapał mi przeszedł. Ale cenię ludzi i mam wielu takich znajomych, którzy mają winylowa pasję. Pozdrawiam Maciej Stempurski

  2. tomek pisze:

    Posiadam kilkadziesiąt wzmacniaczy tranzystorowych jak i lampowcow. Zasada jest taka ze tranzystor gra dobrze 1 na 20 modeli i to trzeba się naszukać. W zadzie każda lampa gra dobrze. Dobrze to znaczy przyjemnie gdzie muzyka nie meczy po kilku godzinach odsłuchu…największy minus tranzystora to sztuczny wokal i te nienaturalny wyostrzenia sopranów…syczenie to jest krew z uszu. Płyta analogowa to dźwięk nie skompresowany czyli najbardziej naturalny i end story każdy inny nośnik to kompresja a wiec i nienaturalność. Przewaga tranzystora i źródeł cyfrowych wynika tylko z czynników po za akustycznych; tańsze, mniejsze, mniejszy pobór mocy, większe upakowanie. Generalnie nie chce się patrzeć na obecny sprzęt wszędzie plastik bombastic, made in china.

    • Slawek pisze:

      Dokladnie. Dodam jeszcze, a w zasadzie przypomne, ze tylko jeden na 10 CD “gra” , natomiast jeden na 10 vinyli nie. Ile sie trzeba naszukac, zeby dostac dobrze zrealizowany i nagrany CD. Probowalem przerzucic sie na Tranzystor. “Magia” obcowania z lamowym wzmacniaczem mnie zmeczyla. Zalczanie, nagrzewanie, zuzycie lamp itd… Jednak moja przygoda z trazystorem to byla masa zmarnowanego czasu, frustracji i pieniedzy (mowie o Hi-Endzie). Probowalem Wrocilem do lampy. Slucham rzadko ale jak juz slucham ma byc relax. Przy lampie czlowiek zapomina w koncu o sprzecie, slucha po prostu muzyki. Obok slepego zachwytu nad lampa , czesto nieuzasadnionego w przypadku kiepskich wzmacniaczy istenieje slepa nienawisc do tego nurtu – lampa vinyl. Osobiscie odnosilem sie z ogromna irytacja kiedy przekonywano mnie do winyla. Mawialem; “kupcie sobie patefon… Nie wroce do tych skwarek”. Pozyczykem gramofon na jeden dzien i zaczelo sie. CD od tego czasu to u mnie nisza. Dzwiek z DOBREGO CD zapiera dech w piersiach… ale jakos zawsze po 10 min ma sie ochcote zmienic utwor , cos zawsze drazni. To oczywscie subiektywne, moje zdanie. Streaming tez mam i uzywam poznawczo, mam tez dobry DAC . Rowniez serwisy “lossless: itp. Mimo cyfrowego przekazu, nadal dobrze wydanyCD bije streaming na glowe. Trudno to zrozumiec.?? Ntomiast porownanie z wiylem to zawsze rzeznia streamingu – jesli szuka sie naturalnego przekazu a nie cykadel i bumboxa. Z jednym sie zgodze z autorem. Tranzystory tez graja dobrze i na pewnym poziomie mozna zapomniec o ronicach lampa/Tranzystor. Prosze jednak dodac, na jakim poziomie cenowym to sie dzieje? :) 200 tys zl + ? Tak. Bo nawet oslawiony Gryphon za 80 tys na kolana nie rzuca…

  3. admin pisze:

    Panie Tomku, ma pan oczywiście prawo do własnego zdania. Ja postrzegam to nieco inaczej, uważam, że doskonały dźwięk można uzyskać z każdego nośnika i z różnych wzmacniaczy. Wszystko zależy od aplikacji. Pozdrawiam, Maciej Stempurski

  4. cacany pisze:

    moje granie to DAC na Xmosie,Bufor lampowy na EF95,i wzmacniacz cyfrowy musical fidelity v90 amp,jajcarski zestaw ale gra świetnie na moje ucho:)

  5. homer_1 pisze:

    Niestety nie mogę przyznać racji, że sprzęt lampowy = sprzęt tranzystorowy/cyfrowy i że to tego typu porównania o wyższości jednego (czytaj lampowego) nad drugim(czytaj tranzystorowym) to jest pułapka stereotypów audio.
    Zasadnicza przewaga sprzętu lampowego to taka, że na porównywalnym poziomie cenowym sprzęt lampowy będzie górą, tym bardziej w budżetowej strefie. Tylko co to jest ta strefa? Od 2 do 7 tys. a może do 10 tys. przy założeniu, że oczekujemy od dźwięku naturalnej barwy, pewnego wyeksponowania średnicy, w której jak wiadomo „najwięcej się dzieje” oraz nie krzykliwych wysokich tonów.
    W zasadzie można by zakończyć te rozważania stwierdzeniem, że wszystkie opinie, wrażenia odsłuchowe oraz preferencje lampowe bądź tranzystorowe – są czysto subiektywnymi odczuciami – co jest niepodważalną prawdą.

    Nie znalazłem wzmacniacza tranzystorowego do 10 tys zł, który grałby takim dźwiękiem jak moja lampa (dla jasności dodam, że made in china) SE w klasie A na lampach 300B (koszt nowej na standardowych tanich lampach z nowej produkcji to ok. 5 tys. zł) w której sterujące wymieniłem na stare RCA z lat 50/60 a lampy 300B wymieniłem na jedne z najlepszych z obecnej produkcji czyli 300B-Z (owszem chińskie, ale za to jakie, zbliżone dźwiękiem do słynnych WE 300B, niektórzy twierdzą, że mają nawet lepszą średnicę).
    No i dźwięk z tego wzmacniacza 300B, bije na łeb wzmacniacze tranzystorowe w tej grupie cenowej – czyli 5-10 a może wiecej? Przy czym koszt zakupu wspomnianych wymienionych lamp ze starych zapasów ok. 1,5 tys do 2,5 tys (w zależności gdzie kupowane). Takiej barwy dźwięku reprodukcji średnich i wysokich tonów próżno szukać w tranzystorze. Oczywiście dodatkowo jest możliwość kształtowania brzmienia (jak słusznie zauważono w powyższym artykule) wymianą samych lamp sterujących, ale także lamp mocy (mam jeszcze 300B Electro Harmonix które dają dźwięk bardziej tranzystorowy właśnie z lekko wyeksponowanymi skrajami pasma ale nadal z bdb jego barwą).

    Odnośnie dźwięku z winyla, to moim zdaniem dopiero CD za ok. 15 tys zł jest w stanie wyprodukować coś na miarę dźwięku z winyla ale dalej to nie będzie to samo. To jest inny charakter dźwięku i nie można tego wprost porównywać.
    Standard CD ma swoje zalety i są one nie do przecenienia, ale jego największym mankamentem jest to, że większość obecnie wydawanych płyt CD jest fatalnie nagrana. Kłania się tu m.in. „loudness war” czyli podbicie głośności kosztem obcięcia dynamiki, czego nie można w takim stopniu wprowadzić w standardzie czarnej płyty, bo zasadniczo ogranicza ten zabieg sama technologia gramofonowa. Posiadam kilka płyt w standardzie CD, których dźwięk zbliża się do dźwięku z winyla, czyli można jak się chce dokonać tego w studiu nagraniowym – ale są to głównie wydania muzyki jazzowej (chociażby wydania trio Możdzer, Danielson i Fresco).
    Dlatego muzykę, na której mi zależy mam również w formacie płyty winylowej, bo nie pomaga tu również system tzw. gęstych plików, które grają nieco lepiej niż CD, ale różnica jest ledwo zauważalna, a do winylu nadal daleko.

    Reasumując, moim zdaniem stwierdzenie – że popadamy w pułapkę stereotypów audio porównując sprzęt lampowy z tranzystorowym, gramofonowy z CD – uważam za duże uproszczenie tematu, w podtekście próbujące odzyskać utraconą gdzieś po drodze wiarę w technologię tranzystorową, która jak tak dalej pójdzie zacznie być w odwrocie, lub co najmniej w defensywie.

    Dlaczego? Dlatego, że chińczycy spowodowali, że obecnie „król jest nagi” i wzmacniacz lampowy 300B klasy SE można kupić nie za 15 czy 30 tysięcy złotych jak miało to miejsce nie tak dawno, ale za parę tysięcy. Dodatkowo chińczycy wykupiwszy od rosjan stare linie produkcyjne lamp elektronowych uruchomili własne fabryki i opatentowali konstrukcje nowych lamp niektóre znakomite jak w/w 300B-Z, 300B-T, prztykając w nos innym konkurencyjnym producentom, gdzie ceny są kilkukrotnie wyższe a jakość dźwięku wcale nie kilkukrotnie lepsza.
    Jest oczywiście smutne dno tej znakomitej zabawy dotyczącej słuchania sprzętu lampowego – mianowicie ubywa starych zapasów lamp, których dźwięku nie da się podrobić współczesną produkcją, chociaż próby trwają – i nie wynika to z sentymentów, że stare było dobre – ale jest to po prostu empirycznie udowodniona prawda, która czyni obcowanie z takim dźwiękiem jeszcze bardziej snobistycznym – jak mógłby tu ktoś w sumie słusznie zauważyć. Pozdrawiam wszystkich tranzystorowych oraz lampowych melomanów.

    • admin pisze:

      Dzień dobry
      Cóż mogę napisać… Swoje racje i swój punkt widzenia wyłożyłem w felietonie. I tak myślą, dzielenie sprzętu na lampowy i tranzystorowy, brzmienia na analogowe czy cyfrowe moim zdaniem nie ma sensu. Znam w tych samych grupach cenowych dobre i złe lampi i tranzystory. Podobnie jest z gramofonami, cedekami czy odtwarzaczami plików. Oczywiście to tylko mój punk widzenia i nie zamierzam absolutnie narzucać go nikomu.
      Natomiast jak najbardziej zgadzam się z Panem, że chiński sprzęt audio jest coraz lepszy, coraz lepiej wykonany i solidny. Niebawem nawet będzie test chińskiego wzmacniacza, który wypadł bardzo pozytywnie. Ciekawe tylko, jak długo Chiny bedą utrzymywać tak niskie ceny…
      Pozdrawiam Maciej Stempurski
      PS. Jak ma Pan wzmacniacz?

      • Krzysztof Jarosz pisze:

        Ale jest jeszcze kwestia wierności dźwięku. Tranzystorowe wzmacniacze nie są tak proste w konstrukcji, jak lampowe. Im prostsze, tym mniej zniekształceń. I nie mówię tu o zniekształceniach nieliniowych, które wiadomo, że lampa wprowadza, ale o wierności brzmienia. Dźwięk lampowy… Hm.. Nie wiem czy jest to tylko subiektywna opinia czy też rzeczywista różnica, która potrafią wychwycić tylko najbardziej wyczuleni audiofile:)

  6. Kris pisze:

    Moim zdaniem wszelki spór również jest często bez sensu gdyż mówiąc dźwięk analogowy czy też lampowy wielu ma na myśli jakiś konkretny rodzaj brzmienia jednak należy się zastanowić z czego ten tkzw “ideał” wynika. Przede wszystkim jaki to sygnał cyfrowy a jaki analogowy ? Sygnał/Dźwięk analogowy to sygnał ciągły w postaci fali akustycznej którą nasze ucho a właściwie mózg potrafi odczytać jako melodię ,w tym ujęciu każdy dźwięk jaki słyszymy musi być analogowy. Czym więc jest dźwięk cyfrowy ? Po prostu inną formą tego dźwięku w postaci kodu maszynowego/matematycznego. Aby dźwięk analogowy przerobić na dźwięk cyfrowy to musi być urządzenie które potrafi “odebrać” ruchy powietrza czym w istocie dźwięk jest i zamienić je na sygnały elektryczne i takim urządzeniem jest właśnie głównie mikrofon i przetworniki analogowo-cyfrowe . Na tym etapie już wiele wpływa na ostateczną wersje nie wliczając masteringu itd ,więc im lepsze urządzenia nagrywające tym jakby wierność materiału zakodowanego większa. Podobnie w drugą stronę ,aby cyfrowy zapis był możliwy do “odczytu przez nas jako dźwięk musi przetwornik cyfrowo-analogowy “przerobić” kod binarny czyli odpowiedni układ sygnałów elektrycznych i przekazać na coś co zdoła te impulsy elektryczne zamienić z powrotem na ruchy powietrza które odbieramy po prostu jako ciągły dźwięk. Więc nie zależnie od technik nagrywania/odtwarzania mamy doczynienia z obliczeniami matematycznymi poprzez wszelkie przetworniki i w skrócie najwięcej zależy od dokładności ich obliczeń , im są one lepsze tym bliżej sygnału pierwotnego i tym bardziej wyda nam się to naturalne i miłe w odsłuchu i myślę że to większość ma na myśli. I pewnie dlatego zarówno na lampie jak i tranzystorze można uzyskać niemal każde brzmienie tylko zależy od jakości i klasy danego sprzętu a także wiedzy i doświadczenia inżynierów się tym zajmujących. A jeśli ktoś wyjątkowo jako ideał wskazuje brzmienie hmm gdzieś tam zaszumione i wręcz nadmiernie rozlazłe to wynika to raczej po prostu z przyzwyczajenia ale ogółem jak wspomniałem każdy dźwięk de facto jest analogowy ale nie każdy musi brzmieć naturalnie i przyjemnie gdyż może być zniekształcany niedokładnością urządzeń próbkujących co potocznie niektórzy określają właśnie dźwiękiem typowo cyfrowym. Widocznie odbiorniki cyfrowe poprzez to że być może dają więcej możliwości są często przekombinowane a jeszcze dochodzi do tego kwestia też tego że większość urządzeń dziś jest robiona po prostu na ilość a nie jakość jak to miało miejsce dawniej a zwłaszcza wtedy gdy tranzystorów powszechnie stosowanych jeszcze nie było i dominowały “lampy” co w wielu zakorzeniło je jako ideał chociaż dziś wiadomo że taki sam efekt a może nawet i lepszy można uzyskać na “tranzystorze” tylko cóż chyba trzeba trafić na sprzęt który jest robiony przez ludzi z pasją i zaangażowaniem ,albo dorwać coś z tamtych lat .Jeśli zrobiłem jakieś błędy merytoryczne,ortograficzne to z góry przepraszam ale mam nadzieję że ogólny sens udało mi się zawrzeć. Pozdrawiam

  7. Konrad pisze:

    Panie Macieju dlaczego jakieś paskudnie brzmiące “sfokusowani” , co złego zawiera słowo skupieni? Nie tylko tutaj ale i wielu innych wirtualnych polskich lub skierowanych na Polaka skupiskach ludzkich wybrzmiewa taka nowomowa. Ludzie przecież piszecie do polskojęzycznych, jeśli Wy nie zadbacie o istnienie polskich słów to kto to zrobi? Moim zdaniem tak język angielski jak i polski to, obce sobie języki i takimi powinny się ostać.

  8. Adam pisze:

    Dzwiek analogowy to po prostu zywy dzwiek, nie znieksztalcony. Porownanie: gitara na koncercie i gitara przy ognisku. Ja wybieram brzmienie analogowe bo jest najblizej naturalnych dzwiekow nie komresowanych znieksztalconych gniotow jakie teraz zalewaja swiat.

  9. Piotr pisze:

    Różnica między tranzystorem, a lampą w końcówce mocy jest podstawowa. Lampa brzmi ciepło, tranzystor sucho. Wrażenie jest niezgodne z obiektywnymi wynikami pomiarów.

  10. zen pisze:

    Różnica w lampie i tranzystorze jest taka że jedni lubią zniekształcenia a inni nie. Natomiast połączenie tranzystor -lampa daje ciekawe efekty. A połączenie cyfra l-lampa to już jest niebo w gębie. Ale trzeba wiedzieć jak to zrobić. I nie trzeba 1mln na zestaw. Można wydać naprawdę mało i mieć niezwykłe cacko. Snobi audio wypad z tej dyskusji , wy znacie tylko wartość pieniądza i wszystko wiecie najlepiej.. A skąd ten mój snobizm, ano że 40 lat w tym robię . Można , na prawdę można zrobić super sprzęt do odsłuchu za max 5 tyś. A Winyl niestety trzeszczy, ale kto to lubi to ok. pozdrowionka dla fanów HiFi.

  11. ppp pisze:

    Wartością winylu są same realizacje – w dzisiejszych czasach nie do osiągnięcia nie tylko z powodu oczywistych zmian w sprzęcie, ale i z powodu innej szkoły brzmienia, innych standardów i umiejętności, a i często innej muzyki. Cała dyskusja jest bezcelowa.

  12. Slawek pisze:

    Juz sam tytul tego artykulu jest prowokacyjny i zapowiada nieobiektywne podejscie do tematu. Podciaganie go do “pulapki stereoptypow” jest uproszczeniem w dodatku obrazliwym m.in dla takicch ludzi jak ja, ktorzy badali temat organoleptycznie i na wysolkich “poziomach”. Rownie dobrze mozna powiedzec,ze tkwi pan w pulapce stereotypu niecheci do lampy i winyla. Tam tez bylem, wiec znam temat. Jesli posiada pan wzmacniacz lampowy ktorego odsluch nachtnal pana do napisania takiego artylulu, to polecam dalsze badanie tematu z wieksza iloscia probek badawczych.

  13. Kris pisze:

    Ciekawy artykuł, który faktycznie chyba trudno podsumować w kilku zdaniach. Osobiście jestem zdania, że – podobnie jak wspomniał ppp – dzisiejsze czasy dają szansę każdej technologii, ale nie w każdym obszarze. Dźwięk analogowy nas otacza i pewne z takim lepiej nam się żyje, ale technologia -wszyscy pamiętamy pierwsze mp3 odtwarzane np. na komputerze przy fatalnym, brutalnym skompresowaniu dźwięku – idzie na przód i chyba są dziedziny, gdzie dźwięk cyfrowy ma więcej pola do popisu i jest po prostu praktyczny. Streaming, kino domowe, kino w ogóle, muzyka odtwarzana w aucie, w biegu itd…
    Nie jestem specjalistą w technikaliach audio, ale mam pojęcie o podstawowych parametrach i poza tym – jako muzyk amator – mam kontakt z urządzeniami generującymi dźwięki – syntezatory, maszyny perkusyjne itd.
    Rzecz jasna artykuł opisuje konsumenckie/audiofilskie podejście do już gotowego materiału i jego odtwarzania i odsłuchu. Ale muszę przyznać, że sam odczuwam różnicę, gdy podepnę słuchawki do sprzętowego syntezatora analogowego – daje niesamowicie szeroki zakres pełnego dźwięku, który porównując z syntezatorem cyfrowym jest przyjemniejszy, szerszy, naturalny i ciepły i bardziej nieprzewidywalny…
    Wracając do tematyki wzmacniaczy i gramofonów – wydaje mi się, że cała wartość słuchania muzyki z vinyli – przy całym rytuale uruchomienia, skupienia i cierpliwości przy odsłuchu oraz bezsprzecznej magii- sprawdza się, gdy słuchamy ‘starych’ płyt, czyli takich, które powstały przed zadomowieniem się technologii płyt CD. Czy płyty winylowe produkowane dzisiaj mają jeszcze ten w pełni analogowy smak? NIe wydaje mi się, gdyż wątpię, aby dzisiejsze studia i tłocznie płyt używały analogowego procesu nagrywania tak jak to było niegdyś.
    Na koniec dodam, że na co dzień słucham muzyki ze Spotify – bo to praktyczne , chociaż mam również sporą kolekcję płyt analogowych, które uruchamiam na starym Technics wpiętym do dosyć nowego amplitunera X2500 Denona (tak, wiem, to pudełko do kina domowego a nie do muzyki) z kolumnami KEF…
    I dlatego gdy ostatnio zupełnie przypadkiem nabyłem starą szafę z lat 50-60 z Gramofonem Dual 1002F i radiem-wzmacniaczem Nordmende Carmen (z Magic Eye EM34)- oraz odpaliłem na tym płytę The Glenn Miller Story (Brunswick, 1957r.) poczułem chyba to, o co chodzi w pojęciu “magia lampy i gramofonu”. Pozdrawiam

Post a new comment