Magia lampy i gramofonu, czyli w pułapce stereotypów audio

4
Lampa i wynyl felieton zajawka

FELIETON / O wielkim powrocie płyt winylowych pisze się od kilku lat. I choć nadal czarne krążki są niszą, to bezsprzecznie gramofon powrócił. Coraz większa jest też oferta wzmacniaczy lampowych. I coraz częściej słyszy się o magii brzmienia lampowego i analogowego. Tylko czym ono właściwie jest? I czy jest w ogóle?

Jakiś czas temu zagadnął mnie znajmy – fan gramofonu: – Szukam dobrego odtwarzacza CD, poleć coś.

Pytam go, jaki budżet, nowy czy używany, no i jakiego dźwięku szuka. W odpowiedzi usłyszałem, że koniecznie analogowego. Analogowego? Czyli jakiego? Dopytywałem, dopytywałem i wciąż nie wiedziałem, o co chodzi. – Wiesz, nie może być taki … cyfrowy. Szukam analogowego brzmienia, jak z gramofonu.

Inna sytuacja. Ktoś na forum pyta o wzmacniacz do kolumn X. Pojawia się kilka propozycji i nagle się zaczyna. Że kolumny X zagrają najlepiej z lampą… Że nikt, kto nie słuchał jeszcze lampy, nie wie, co to prawdziwy dźwięk… Że lampowe brzmienie to jest magia… Że wszyscy kiedyś przejdziemy na szklane bańki, no nie ma jak lampowe granie… I argument ostateczny: że jedyna droga to gramofon i lampa, bo nie ma jak dźwięk analogowy.

Test gramofonu Gold Note Valore 425 Lite

I tylko nigdy nie mogę się dowiedzieć, jaki to jest ten dźwięk lampowy czy analogowy. No bo taki, jak ze wzmacniacza na KT 90, EL 34 czy z lampowca na 300B? Każdy brzmi inaczej. Ten pierwszy zwykle szybko, przejrzyście, z neutralną średnicą, z mocną góra i dobrze kontrolowanym konturowym basem. Ten na EL34 wręcz odwrotnie. I który z nich jest “lampowy”? A może “lampowy” jest Pass, Sugden lub Xindak grające zaokrągloną górą, ciepłym i nieco “misiowatym” basem, gęstą średnicą. A przecież to tranzystory!

Lampa i winyl felieton

Pass XA 30.5. Tranzystorowa końcówka mocy, którą wielu w ślepym teście mogłoby wziąć za stereotypową lampę

Podobnie jest z gramofonami. Jak brzmi gramofon? Ale jaki? Z lekką plintą czy mass loader, z wkładką firmy X czy Y, MM czy MC? A szlif igły, geometria ramienia, nacisk igły, VTA, azymut? To wszystko ma wpływ na brzmienie, które może być diametralnie różne.

Czy w ogóle jest jakiś wspólny mianownik brzmienia lampowego czy analogowego? Wielu, szczególnie mniej osłuchanych miłośników muzyki, utożsamia takie granie właśnie z cofniętymi wysokimi tonami, lekko poluzowanym basem i zaokrąglonymi konturami dźwięków; ma być płynne, ciepłe, z długimi wybrzmieniami. No i jeszcze te słynne parzyste harmoniczne, które niektóre lampowce eksponują. Tyle tylko, że można je podbić również w odpowiednio zaprojektowanym tranzystorze. Tak więc moim zdaniem mówienie o brzmieniu analogowym, tranzystorowym, cyfrowym czy lampowym mija się z celem.

Po prostu wielu z nas wpada w pułapkę stereotypu, że gramofon czy lampa dają określony rodzaj brzmienia. Tak nie jest. Wystarczy trochę bardziej osłuchać się z różnego rodzaju konstrukcjami i sprawa stanie się jasna. Pamiętam swoją rozmowę z Wiktorem Krzakiem z firmy Haiku Audio, który buduje i wzmacniacze lampowe, i tranzystorowe. Podziela moje zdanie. – Można zbudować zarówno dobry wzmacniacz tranzystorowy, jak i dobry wzmacniacz lampowy, im lepszy wzmacniacz, tym bardziej różnice między lampą a tranzystorem się zacierają. Można by nawet stwierdzić, że zarówno “lampowość”, jak i “tranzystorowość” to odstępstwa od naturalności i dobry wzmacniacz nie popada w żaden z tych stereotypów, niezależnie od technologii – powiedział Wiktor.

Test DAC-a Musical Fidelity MX-DAC

A gdzie magia czarnej płyty? Gdzie czar lampy? Nie ma? Spokojnie, oczywiście, że są, jednak nie wypływają – moim zdaniem – z brzmienia, a z wielu innych czynników. Lampy kapitalnie wpływają na nastrój w pokoju odsłuchowym – wszyscy znamy ten przyjemny klimat, kiedy pali się tylko mała lampka w kącie salonu i bańki w naszej końcówce. A jeszcze ta błękitna poświata… No i ten znany chyba wszystkim posiadaczom lampowców „smrodek” spalonego kurzu na ulubionych KT czy 300b.

Lampy dają też większą możliwość kształtowania brzmienia pod własny gust, wymieniając lampy mocy lub sterujące możemy dodać brzmieniu ciepła lub odwrotnie – ochłodzić je, dodać konturowości. Złagodzić bądź wyostrzyć. Taka zabawa potrafi wciągnąć.

Magia to także celebracja odsłuchu winylu. Płytę trzeba wyjąć z koperty, ostrożnie wziąć w dłonie, położyć na talerzu, pogłaskać szczoteczką, delikatnie upuścić windę ramienia. I usłyszeć to leciutkie „pyk”, kiedy igła wpada w rowek. A później te cichutkie trzaski i szumy… Z lampą to samo: czasem któraś zamikrofonuje, zaszumi, zabrumi. Żyje.

Muarah 11

Czy istnieje coś takiego, jak brzmienie gramofonowe? Na zdjęciu polski Muarah (fot. wstereo.pl)

Czar słuchania z gramofonu wynika również z tego, że wymusza on na nas inny rodzaj skupienia. Winylu nie można za pomocą pilota zatrzymać z miejsca odsłuchowego, cofnąć o minutę czy dwie, przeskoczyć na następny utwór. Gramofon wymusza na słuchaczu 15-20 minut absolutnego skupienia, podążania za muzyką, wsłuchania się w nią. A to sprawia, że czasem „słyszymy więcej”, bo jesteśmy na dźwiękach bardziej sfokusowani, wiemy, że nie możemy niczego przeoczyć. I jeszcze jest magia obcowania z czymś materialnym, namacalnym. Komputerowego pliku nie weźmiemy do rąk, nie obejrzymy okładki, nie ucieszymy się z jego wagi czy koloru, a winylu możemy dotknąć, możemy go powąchać.

Są jeszcze inne, niebagatelne elementy magii lampy i analogu. To elitarność, rodzaj pozytywnego snobizmu i także sentyment – szczególnie u tych, którzy wychowali się na analogowych płytach. Większość ludzi słucha na tranzystorach i z płyt CD lub plików. Dlatego posiadanie wzmacniacza lampowego, odtwarzacza lub DAC-a z lampowym wyjściem czy gramofonu wyróżnia jego posiadacza z audiofilskiego „tłumu”.

Gramofony i płyty analogowe przez 20-25 lat były w odwrocie, kiedy kilka lat temu wróciły – obudziły w nas sentyment. Do tego co było, do młodości, do naszych pierwszym muzycznych wzruszeń, odkryć, do naszych pierwszych emocji związanych ze sprzętem audio. To prosty i znany psychologiczny mechanizm wykorzystywany na przykład w reklamie: „wędliny ze starej wędzarni”, „jak u babci”, „jak za Gierka”. Wszyscy się na to łapią, nie ma się czego wstydzić…

Maciej Stempurski, posiadacz i tranzystora, i lampy

Czytaj także:

Ken Ishiwata: każdy musi w audio iść własną drogą

Test kolumn Wigg Art Arvil

Flamenco i Bałkany w domu kultury, czyli dynamika

 

4 komentarze

  1. Karol pisze:

    Jestem za młody, aby pamiętać okres winylowy, ale zawsze mi się podobała sama idea tak dużej płyty i okładki.
    Kiedy jeden z moich kolegów kupił podstawowego ProJecta i miałem wreszcie okazję wziąć winyla do ręki, położyć go na talerzu, i niemalże fizycznie poczuć, kiedy muzyka startuje zakochałem się totalnie i niedługo potem nabyłem swój pierwszy odtwarzacz czarnych płyt.

    W erze, która jest nastawiona na ‘szybko’, ‘masowo’, ‘dużo’, i ‘z kanapy’ winyl jest taką fajną odskocznią . Trzeba wziąc to do ręki, położyć, wyczyścić, wybrać utwór, trafić w rowek… Całość urasta po prostu do swego rodzaju rytuału, lekkie trzaski dodają klimatu, a obracanie się płyty skrobanej przez igłę jest prawie jak gra na instrumencie – odbywa się na naszych oczach, a nie gdzieś tam z komputera.

    Kolejnym plusem jest polowanie na używane winyle, emocje podczas licytacji, satysfakcja z wygranych aukcji i wściekłość po przegranych o włos, szukanie interesujących tytułów, odsłuchwianie ich na Spotify, czy YT, a potem próba nabycia – w ostatnim czasie odkryłem w ten sposób więcej muzyki niż choćby przez Spotify :)

    Oczywiście nie popadajmy w skrajności, bo źródła cyfrowe mają wiele niezaprzeczalnych plusów (choćby ten, o którym piszę wyżej), natomiast fajnie, że era czarnych krążków do nas wróciła.

    • admin pisze:

      Panie Karolu, właśnie o tym piszę. Winyl i lampa nie są same w sobie lepsze, ale obcowanie z nimi ma niezaprzeczalny walor materialny – to jest ta właśnie magia. Choć muszę przyznać, że mnie nie porwała :-) Jakiś czas temu próbowałem wrócić do winylu (kiedyś korzystałem z gramofonu i miałem kolekcję czarnych płyt), ale po kilkunastodniowym wzmożeniu cały zapał mi przeszedł. Ale cenię ludzi i mam wielu takich znajomych, którzy mają winylowa pasję. Pozdrawiam Maciej Stempurski

  2. tomek pisze:

    Posiadam kilkadziesiąt wzmacniaczy tranzystorowych jak i lampowcow. Zasada jest taka ze tranzystor gra dobrze 1 na 20 modeli i to trzeba się naszukać. W zadzie każda lampa gra dobrze. Dobrze to znaczy przyjemnie gdzie muzyka nie meczy po kilku godzinach odsłuchu…największy minus tranzystora to sztuczny wokal i te nienaturalny wyostrzenia sopranów…syczenie to jest krew z uszu. Płyta analogowa to dźwięk nie skompresowany czyli najbardziej naturalny i end story każdy inny nośnik to kompresja a wiec i nienaturalność. Przewaga tranzystora i źródeł cyfrowych wynika tylko z czynników po za akustycznych; tańsze, mniejsze, mniejszy pobór mocy, większe upakowanie. Generalnie nie chce się patrzeć na obecny sprzęt wszędzie plastik bombastic, made in china.

  3. admin pisze:

    Panie Tomku, ma pan oczywiście prawo do własnego zdania. Ja postrzegam to nieco inaczej, uważam, że doskonały dźwięk można uzyskać z każdego nośnika i z różnych wzmacniaczy. Wszystko zależy od aplikacji. Pozdrawiam, Maciej Stempurski

Post a new comment