Jesus Lopez Cobos – entuzjazm i emocje. Ale nie tylko

0
fn 2

KONCERT / Wieczór w Filharmonii, za pulpitem Jesus Lopez Cobos. Nie zabrakło emocji i wspaniałych doznań. Ale były i błędy obsadowe.

Wieczory w Filharmonii potrafią zaskoczyć – pamiętam długo wyczekiwane koncerty, które mnie rozczarowały, mimo że większość publiczności była zachwycona i nagradzała wykonawców owacją na stojąco. Pamiętam również koncerty, na których włos się jeżył i dreszcze przebiegał po plecach, mimo że wcześniej ani nazwiska wykonawców, ani repertuar tego nie zapowiadały. W sobotę 13 lutego 2016 było wszystko – entuzjazm, emocje, ale chwilami również mielizny.

Orkiestrą Filharmonii dyrygował Jesus Lopez Cobos, przez wiele lat dyrygujący orkiestrą kameralną w Lozannie, mający za sobą sporo doświadczeń na dobrych scenach – m.in. prowadzenie symfoników Cincinnati. Wieczór zaczął się kameralnym wykonaniem 60 Symfonii C-dur Haydna. Lekko, tanecznie napisany utwór składa się z sześciu dość krótkich części i trzeba dużej muzykalności orkiestry żeby połączyć całość i nie utracić haydnowskiej klasycznej harmonii. Orkiestra zagrała żywo i w dobrym tempie, pokazując zróżnicowanie nastrojów poszczególnych części, to było przyzwoite wykonanie, ale za każdym razem gdy słucham klasyków wiedeńskich w wykonaniu Orkiestry Filharmonii Narodowej to brakuje mi śpiewności, a przede wszystkim rytmu i dyscypliny. Już początkowe wejście smyczków wydało się po prostu nierówne, i potem okazjonalnie powtarzało się gubienie tempa przez różne sekcje. Może to skład kameralny obnaża niedoskonałości, a może po prostu to zbyt dalekie od naszego słowiańskiego, mglistego, chopinowskiego ducha? W każdym razie – pięknie napisana symfonia, pierwszorzędny materiał dla Academy of Saint Martin in the Fields czy Arte Dei Suonatori, a w Warszawie wykonany zaledwie poprawnie.

jesus_home

Jesus Lopez Cobos (fot. jesuslopezcobos.com)

Za to druga część wieczoru przyniosła wielkie emocje. Carmina Burana Carla Orffa to wzruszenia, monumentalizm, ale i groteska, kabaret, podróż od średniowiecza poprzez tańce ludowe, kolędy, wodewil, wizyty w karczmie, przemarsz wojsk i późniejsze koncerty rockowe – a wszystko wokół średniowiecznych tekstów o miłości z iluminowanego Codex buranus przechowywanego przez Benedyktynów w Beuron, do którego Orff napisał muzykę w latach 1930-tych. Wielki skład wykonawczy z chórem i solistami wokalnymi pod kierunkiem Lopeza pokazał się od najlepszej strony. Dynamika, zmiany tempa i nastroju, iskrzące się barwami wykonanie. Fenomenalnie zaśpiewał Chór Filharmonii – jak przy tak dużej dynamice zachować spójność i zapewnić że każda sekcja śpiewa jednym, nieodróżnialnym głosem nie rozpadając się na składowe, to wiedzą tylko najlepsi w swoim rzemiośle. Zresztą to nie tylko dynamika; w spokojniejszych, melodyjnych partiach śpiewanych tylko przez pięć altów sala wypełniała się czystym, głębokim śpiewem i widać było że publiczność zasłuchana wstrzymuje oddech. Ale to wszystko był wstęp do absolutnej kulminacji koncertu którą była partia Dulcissime śpiewana przez Aleksandrę Kubas-Kruk. Na takie momenty czeka się przez cały sezon. Czysty, melodyjny, wznoszący się na wyżyny emocji sopran, z lekkością i radością wznosił się na najwyższe rejestry – a jest to przecież bardzo efektownie napisana partia, pozwalająca w pełni pokazać kunszt. Czegoś takiego dawno nie słyszałem. Nie mówiąc już o tym że uroda sopranistki również dodała blasku całemu wieczorowi. Jak to ktoś napisał, całe szczęście że odeszły już czasy kiedy śpiewaczki miały posturę wielorybów.

Kantata wykonana w całej okazałości – z tenorem Johannesem Chumem śpiewającym z balkonu trudną partię w której był i falset, i brzmienie Kabaretu Boba Fosse’a, z chórem chłopięcym śpiewającym z drugiego balkonu, z wspaniale zagranymi partiami fletu piccolo w akompaniamencie delikatnej melodii kotłów, wszystko to pozostanie na długo w pamięci. Jeden może tylko niedosyt to partie solowe barytonu śpiewane przez Stephana Genza. Utytułowany śpiewak w porównaniu z pozostałymi wykonawcami wypadł blado, szczególnie w dolnych rejestrach brakowało mu swobody, głos chwilami się dusił i tracił swobodę. Błąd obsady lub chwilowa niedyspozycja, a szkoda. Ale to tylko mały niedosyt w porównaniu z wielkim wrażeniem jakie pozostawił ten wieczór.

Borysław Czyżak

Brak komentarzy

wrona zaj

Wrona, winyl i dobra muzyka

RELACJA / Dziennikarz i miłośnik winyli Hirek Wrona był gościem warszawskiego Studia U22, w którym rozpoczął się cykl […]